W tym roku wakacje stały pod dużym znakiem zapytania. Ubiegłego roku wszystko szło gładko – szybkie i konkretne decyzje. W tym los się odwrócił i niemalże skończylibyśmy nad polskim morzem. Oczywiście nie ma w tym nic złego, ale końcówka września to i pogoda troszkę słabsza, i jako że zwiedziłem mało świata, to preferowałem wyjazd za granicę. Udało się odwiedzić Chorwację i miejscowość Baška.

Organizacja i lot

Tym razem sami szukaliśmy miejsc i biletów lotniczych, nie korzystając z gotowych wyjazdów oferowanych przez biura podróży. Chociaż słowo „sami” to spore nadużycie – Mateusz szukał wszystkiego, a my głównie potwierdzaliśmy 😀 Wylot z Wrocławia, co było niezwykle komfortowe i szybkie. Bilety w dwie strony + torba podróżna + ubezpieczenie to koszt około 700 zł. Mieszkanie zarezerwowane z Bookingu: trzydzieści parę metrów plus duży balkon – no, czego więcej trzeba trzem kawalerom… 388 zł za osobę na cztery noce.

Wakacje

Te wakacje były zupełnie inne niż ubiegłoroczne. Niezwykle spokojne i bez większych atrakcji typu quady, rafting czy nurkowanie. Głównie zwiedzaliśmy. Czy czasem potrzeba czegoś więcej do szczęścia niż bycie w nowym miejscu w gronie zaufanych ludzi? Śmiem twierdzić, że nie. Miejscowość Baška znajduje się na największej wyspie w Chorwacji o nazwie Krk. Do dyspozycji mieliśmy samochód, aby zwiedzić jak najwięcej miejsc i jak najmniej siedzieć na dupie z drinkiem w ręku.

Matka natura

Chorwacja słynie z pięknych widoków, niekiedy zapierających dech w piersiach. Jeśli ktoś nie może się zdecydować, czy jest fanem gór czy morza, to w tym kraju znajdzie jedno i drugie. Ja akurat uwielbiam oba kierunki. Chorwackie plaże wyglądają jak żywcem wyjęte z Instagrama – drobne kamyczki, turkusowa woda i słońce odbijające się w falach. Morze Adriatyckie jest tak czyste i przejrzyste, że aż trudno uwierzyć, że to prawdziwy widok, a nie filtr. Wystarczy obrócić głowę i zamiast wody widzisz monumentalne pasma gór wyrastające niemal prosto z plaży. Woda idealna do kąpieli nawet w godzinach późnowieczornych. Niezależnie od tego, do jakiej miejscowości pojedziesz, widoki są przepiękne.

Zwiedziliśmy też jaskinię Biserujka, ukrytą niedaleko miejscowości Rudine. To miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie – już samo zejście do chłodnego, skalnego wnętrza sprawiało, że czułem się jak w zupełnie innym świecie. Zwiedzanie odbywało się z przewodnikiem, więc było o niebo lepsze niż samo oglądanie pięknych widoków, bo okraszone historią tego miejsca. Nie wiem, czy dobrze to czułem, ale podczas zwiedzania położyłem dłonie na skałach i ściągałem energię tego miejsca. W połowie wycieczki okazało się, że niczego nie wolno było dotykać xDD No trudno.

Jedzenie

Zwiedzając nowe miejsce, próbuję również nowych smaków. Na wczasach królowały morskie przysmaki. Kalmary totalnie skradły moje kubki smakowe – delikatne, lekko chrupiące, z tym morskim akcentem, którego nie da się podrobić. Ale prawdziwym hitem były małe „ośmiorniczki” – podawane z frytkami i sosem śmietanowo-koperkowym, czymś na wzór amerykańskiego Ranch. Owoce morza z zielonym makaronem smakowały równie pysznie. Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował też klasyków fast foodu, tj. pizzy, kebaba czy burgera 🙂 Pizza trzymała wysoki poziom, kebsik ze słabym mięsem, ale cała reszta nadrabiała. Burger… cóż, powiem tak: gdybym miał wybierać między nim a kanapką ze stacji benzynowej, pewnie długo bym się zastanawiał. Do żagańskich burgerowni nawet nie miał co startować.

Największa atrakcja i najfajniejszy dzień

Ostatni dzień zostanie mi na dłużej w pamięci. Wstaliśmy wcześniej, aby udać się na rejs statkiem po Morzu Adriatyckim z miejscowości Krk. Wybraliśmy drewniany statek, który wyglądał tak, jakby miał już za sobą niejedną morską przygodę – skrzypiące deski, gdzieniegdzie obdrapana farba, a całość miała w sobie więcej charakteru niż wszystkie białe plastikowe łodzie razem wzięte. Frekwencja była niewielka, co mnie niezwykle cieszy – przestałem lubić tłumy. Na start dostaliśmy kubek smacznej, słodkiej śliwowicy, która delikatnie podkręciła odczucia z wycieczki. Nie czułem żadnego intensywnego zapachu morza, tylko niezwykle przyjemną bryzę i morski wiaterek otulający moje ciało naprzemiennie z promieniami słońca. Dodam tylko, że jeszcze niedawno nie czułem się zbyt dobrze na morzu – wręcz stawałem się fioletowo-zielony.

Rejs trwał 4,5 godziny. Na banerach reklamowych widniały delfiny i sępy, niestety takich widoków nie uświadczyliśmy. Tego dnia wreszcie świeciło słońce, więc można było opalać się do woli. Pływaliśmy i oglądaliśmy przeróżne wyspy. Mieliśmy dwa „pitstopy” na kąpiele w Adriatyku. Woda była jeszcze lepsza niż w Bašce – krystaliczna, pełna ryb. Kolejna atrakcja to jaskinia, do której dopływało się prosto ze statku. Środek był wręcz cudowny, aż nie chciało się wychodzić. Mieliśmy też możliwość poskakać do wody ze statku z wysokości około 2,5 metra. Dodam, że w życiu nie skoczyłem nawet z małego słupka na miejskim basenie, a tutaj – bez większych oporów – chlup do wody.

Czas mijał niezwykle przyjemnie – dużo rozmów, a po drodze trafiliśmy na farmy ryb. Od załogi dostaliśmy sardynki do karmienia mew, których było pełno. Wystarczyło wyciągnąć rękę, a ptak bezkolizyjnie łapał ją w dziób. To dość dziwne, ale robiło na mnie duże wrażenie. Chyba stałem się człowiekiem jeszcze bliższym naturze.

Po rejsie czas na obiad, gdzie miło zaskoczyła nas obsługa. Bardzo szybko wybraliśmy pozycje z menu, na co młody serbski kelner odparł: „Całe życie czekałem na gości takich jak wy”. To samo w sobie wywołało dużo radości xD Mati pytał kelnera, gdzie jest toaleta, na co ziomeczek odpowiedział krótko: „Niestety, nie mamy toalety w środku, musisz iść do morza”. Uwielbiam takie poczucie humoru – w nagrodę dostaliśmy po kieliszku Rakiji od sympatycznego Serba.

Koniec

Tuż przed wyjazdem na lotnisko siedziałem na balkonie i podziwiałem widoki gór. W pewnym momencie przyszła myśl: to ostatnie wakacje w takiej konfiguracji. Dodam, że dostałem masę dreszczy w głowie, co często uznaję za bardzo prawdopodobny scenariusz i „wiadomość” od Wyższego Ja. Jak będzie? Kto to wie xD Wakacje w Chorwacji były nieporównywalne do tych w Turcji – było o wiele spokojniej, ale żeby nowe przyszło, stare musi odejść. Czy odejdzie i co przyniesie nowe? Czas pokaże, ale wiara mówi jedno 🙂

Baśka – więcej o informacji o miejscowości w której przebywaliśmy

Blog – więcej wpisów na blogu

Inne wpisy podróżnicze:
Bachanalia w Zielonej Górze – wpis z eventu studenckiego po ustawieniach systemowych i pracy z wewnętrznym dzieckiem
Wakacje w Turcji – wpis z pierwszych zagranicznych wakacji
Wyjazd do Warszawy – wpis z wycieczki do stolicy naszego kraju

Share this content:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *